Jak od niedawna wiadomo Platforma Obywatelska, nie będzie zajmować się lustracją, ponieważ - jak wyjaśnił poseł Chlebowski - przysporzyła ona ogromu cierpień wielu środowiskom. Co prawda, to prawda, choć z tą liczbą mnogą byłbym ostrożniejszy. Idzie niechybnie o jedno, za to bardzo wpływowe środowisko, czyli - byłych oficerów i ich TW (KO, KS, itd., itd...). Ale z tego, że Platforma (a za nią, zapewne "młodzi, wykształceni z dużych miast") uznała, że lustracja jest passe, nie wynika jeszcze, by nie opowiadać przeróżnych okołolustracyjnych anegdot, tym bardziej, że właśnie nadarza się ku temu niezła okazja. Jaka? Proszę o cierpliwość. Najpierw - trochę historii...

    A więc, przypomnijmy... Niedługo po śmierci papieża doszło do "zabrudzenia" podniosłej atmosfery. Leon Kieres, szef IPN oświadczył, że posiada informacje na temat PRL-owskiego agenta "w najbliższym otoczeniu ojca świętego". Wkrótce pootem w "GW" pojawiał się teks sugerujący, że osobą tą może być ks. Maliński, i że, huczy o tym w Krakowie. Maliński, faktycznie miał później lustracyjne kłopoty, ale tym razem całkiem nieźle się wywinął. Bo okazało się, że idzie o ojca Konrada Hejmo, szefa watykańskiego ośrodka dla polskich pielgrzymów . Prezes Kieres powiedział, że o sprawie dowiedział się 14 kwietnia (2005) i zdecydował się ją upublicznić ponieważ "wymagał tego interes publiczny". Wedłu Kieresa Hejmo nosił pseudonimy "Hejnał" i "Dominik" zaś materiały leżące w IPN wskazują, że współpracować świadomie i jest to rzecz niepodważalna. Hejmo ze swojej trony miał do Kieresa pretensje o to, że upublicznił on sprawę zanim doszło do rozmowy pomiędzy nimi. Jak mówił: "była intencja, że polecę do Warszwy, będę rozmawiał, dopiero potem zostanie ogłoszone, to, co zostało ogłoszone. Zrezygnowałem z lotu, bo niedotrzymano terminu spotkania". I w tym miejscu porzucamy o. Hejmo, jego dalsze losy dziś nas nie interesują, interesuje nas za to następujący fakt: Leon Kieres będąc szefem IPN przeprowadził "publiczną lustrację" wybranej osoby przez wzgląd na "interes publiczny". A jeszcze nieco wcześniej...

        A jeszcze nieco wcześniej, w numerze 37(747) "NCz!" (2004) ukazał się felieton Stanisława Michalkiewicza "W służbie bezpieczeństwa autorytetów". Michalkiewicz odnosił się w felietonie do tekstu abp Życińskiego "Solidarność czy naszość?" ("Rz"4.09.2004). Życiński w swoim tekście snuł rozważania o "etosie Solidarności" dochodząc do takiego wniosku: "zachowanie składników tamtego etosu okazuje się tym trudniejsze do zrealizowania, że coraz częściej spotykamy próby programowego niszczenia niewątpliwych autorytetów moralnych". Michalkiewicz komentował: "Wśród "niewątpliwych autorytetów moralnych Ekselencja wymienia prof. Jerzego Kłoczkowskiego. Problem polega na tym, że wiele wskazuje na to, iż TW SB o pseudonimie "Historyk" i pan prof. Kłoczowski to jedna i ta sama osoba. (...). Kłoczowski jest osobą nader utytułowaną, zaprzyjaźnioną z wieloma innymi również utytułowanymi osobami, osobą piastującą najrozmaitsze godności, jak to mają w zwyczaju autorytety moralne. Wyobraźmy sobie, jaki zamęt powstałby w różnych czcigodnych środowiskach, gdyby prawda wyszła na jaw.(...).Pod takimi ciosami gotów jeszcze rozpaść się cały "etos". Tekst Michalkiewicza ukazał się - 11 września 2004 roku i - przeszedł bez echa ...

    Głucha cisza panująca po opublikowaniu felietonu Michalkiewicza w sumie nie dziwi. "NCz!" należy do pism starannie monitorowanych, (patrz dzieło Kowalskiego i Tuli "Zamiast procesu"), ale uznawanych za nieistniejące w mediach "głównego nurtu". No, chyba, że chce się akurat jednemu z jego autorów dokopać, ale widać we wrześniu 2004 takiego zapotrzebowania nie było. Ale grom odezwał się wkrótce potem... 7 listopada 2004 w wydawanym w Paryżu piśmie "La Voix Catholique" pojawił się felieton Michalkiewicza "Poczet Tumanistów". Michalkiewicz znów pisał między innymi - o Kłoczkowskim: "Rozmaici szubrawcy nie tylko czują się całkowicie bezkarni, ale zaczynają nawet sprawiać wrażenie, że przysługuje im jakieś naturalne prawo do przebaczania.(...).To przebaczenie ma być bezwarunkowe i bezosobowe, bo nie ma, rzecz prosta, mowy, by dawni tajni współpracownicy się pokajali ani nawet - by się przyznali. Nie. Mamy wyjść na przeciw ich pragnieniu, by ich nikczemną przeszłość na zawsze okrył mrok tajemnicy.(...).Można by się zgodzić, gdyby dawni konfidenci SB nie rozpierali się na najwygodniejszych miejscach, nie wpychali do wszystkich możliwych komitetów honorowych, ani nie próbowali nikomu mentorować w charakterze autorytetów moralnych. Tymczasem jest akurat odwrotnie; podejrzewany o długoletnią współpracę z SB w charakterze TW o pseudonimie "Historyk" prof. Jerzy Kłoczowski z niezwykłą skwapliwością przyjmuje rolę autorytetu moralnego i w takim charakterze występuje mn. w Bibliotece Polskiej w Paryżu (...).Jakże mu przebaczyć, skoro najwyraźniej nie poczuwa się do żadnej winy? Nie można przebaczyć już nawet nie dlatego, żeby ktoś nie chciał, tylko po prostu dlatego, że ani nie ma komu, ani nie ma czego. Jak się okazuje, można tumanić nie tylko propagandą nienawiści. Również propagandą pobłażliwości". Co by o poczytności "Najwyższego Czasu" nie mówić, mam wrażenie, że czytuje go w Polsce więcej osób, niż paryski "Głos Katolicki", a jednak to tekst z "Głosu" wywołał w Polsce burzę .... W "Rzeczypospolitej" z 13/14 listopada 2004 ukazał się taki list do redakcji:

    "Wyrażamy oburzenie i protest z powodu nieuczciwego tekstu Stanisława Michalkiewicza, który opublikowano 7 listopada 2004 r. na łamach wydawanego w
Paryżu "Głosu Katolickiego". Operując wyłącznie pomówieniami, autor tekstu insynuuje długoletnią współpracę z SB prof. Jerzego Kłoczowskiego, członka PAU
i doktora h.c wielu prestiżowych uczelni. Prof. Kłoczkowski, żołnierz AK ranny w Powstaniu Warszawskim, pozostaje dla na symbolem uczciwości i niezależności intelektualnej. Przyznany mu Order Orła Białego właściwie wyraża jego zasługi dla Ojczyzny i Akademii. Fałszywki niszczące jego dobre imię usiłowali rozpowszechniać funkcjonariusze SB. Nawiązanie przez Stanisława Michalkiewicza
do tej tradycji stanowi akt barbarzyństwa, który odbiega od zachowań przyjętych
w cywilizowanym społeczeństwie".

A pod listem widniał imponujący zestaw podpisów:

prof. Jerzy Buzek, Tadeusz Mazowiecki, Jan Nowak-Jeziorański, prof. Władysław Bartoszewski, prof. Andrzej Zoll, apb Józef Życiński, Andrzej Wajda, prof. Franciszek Ziejka, prof. Barbara Skarga, prof. Jan Miodek, prof. Jacek Woźniakowski, prof. Jerzy Zdrada, prof. Roman Duda, prof. Andrzej Pelczar, prof. Stanisław Dembiński, prof. Maciej Latalskii, prof. Teresa Liszcz, Bogda Borusewicz, Jacek Taylor, Aleksander Hall, Władysław Frasyniuk, prof. Jerzy Łukaszewicz. prof. Janusz Degler, prof. Adam Galos, prof. Tadeusz Kurpiński, prof. Lucjan Sobczyk, dr. Adolf Juzwenko, Krystyna Zachwatowicz, Urszula Kozioł, prof. Elżbieta Wolicka, dr. Piotr Gutowski, prof. Andrzej Szostek MIC, prof. Karol Tarnowski, prof Stanisław Wilk, ks. Adam Boniecki

    Parę słów od siebie dodał też szef gazety, Grzegorz Gauden, który napisał:
- W pełni solidaryzuję się z sygnotariuszami listu. Profesor Jerzy Kłoczowski
był pierwszym laureatem Nagrody "Rz" imienia Jerzego Giedroycia". Odezwała się też "GW", która 12 listopada 2004 zamieściła tekst Pawła Reszki pt. "Intelektualiści bronią prof. Kłoczowskiego". W tekście stało: "Pod apelem z protestem przeciwko pomówieniom o współpracę z SB wybitnego historyka podpisało się kilkadziesiąt osób. To odpowiedź na felieton Stanisława Michalkiewicza, który w wydawanym w Paryżu przez Polską Misję Katolicką "Głosie Katolickim" napisał iż "podejrzewany o długoletnią współpracę z SB w charakterze TW o pseudonimie "Historyk" prof. Jerzy Kłoczowski z niezwykłą skwapliwością przyjmuje rolę autorytetu moralnego". Mamy tu jednoznacznie czytelną sytuację. Wszystkie autorytety z oburzeniem moralnym stwierdzają: " w ten sposób nie można" - komentował list metropolita lubelski abp Józef Życiński - Mam nadzieję, że jednoznaczne reakcje twórców kultury i środowisk akademickich są dla prof. Kłoczowskiego źródłem siły i nowym zastrzykiem nadziei w obliczu tak absurdalnych zarzutów. Jeśli po latach będziemy wspominać rekord prymitywizmu moralnego III RP, to tekst Michalkiewicza ma poważne szanse, by został umieszczony na pierwszym miejscu".

    Cytowany "List intelektualistów" nie był jedynym tego rodzaju wystąpieniem w
sprawie Kłoczkowskiego, jak pisał w "Głosie" (Macierewicza) Wojciech Falkowski: "W końcu grudnia 2004 r. członkowie Rady Wydziału Humanistycznego KUL przedstawili oświadczenie w obronie prof. Kłoczowskiego. Zgodnie z informacją tam zamieszczoną zostało ono wydane z inicjatywy Instytutu Historycznego KUL i podpisane przez kilkadziesiąt osób, uszeregowanych według posiadanych stopni i stanowisk - od profesorów zwyczajnych przez doktorów habilitowanych, adiunktów, aż po asystentów. Sygnotariusze stwierdzają, że prof. J. Kłoczkowski stał się obiektem ataków, które poddają w wątpliwość jego osobistą uczciwość oskarżając go o długoletnią współpracę z SB. Artykuły takiej treści ukazały się jesieną 2004 roku w paryskim "Głosie Katolickim" i warszawskim "Najwyższym Czasie". Autorzy oświadczają, że prof. Kłoczowski jest osobistością o nieposzlakowanym autorytecie moralnym, jednym z najwybitniejszych historyków polskich, znanym i cenionym w kraju i za granicą. Stanowczo potępiają postępowanie red. S. Michalkiewicza i redakcji, które zgodziły się na druk tych materiałów, wyrażając oburzenie i stanowczy protest wobec niesłychanej potwarzy. Oświadczenie, które zostało zamieszczone na stronie internetowej KUL (skąd po kilku dniach zostało zdjęte) wpisuje się w całą serię listów i wystąpień publicznych, jakie ukazały się w obronie różnych osób w ostatnich miesiącach" - tu prof. Fałkowski przypominał list filmowców w sprawie Rywina, list twórców w sprawie Kulczyka i list 16 znanych kobiet w obronie Niezabitowskiej

    Tymczasem jeszcze 11 listopada, w lubelskim odprysku "GW" na temat tekstów Michalkiewicza i na temat akcji protestacyjnej intelektualistów wypowiedział się sam prof. Kłoczowski, który pisał: "To dla mnie niezwykle przykra sprawa. Jestem ogromnie wdzięczny wszystkim za wyrazy życzliwości i wsparcia. W tej całej sytuacji najważniejsze jest to, by ocenić i pokazać cały kontekst. A więc jak bardzo środowisko KUL było inwigilowane przez służby bezpieczeństwa. Przecież był to jedyny w świecie komunistycznym ośrodek, na którym panowała wolność poglądów. Polityka utrzymana kontaktów europejskich polskiego środowiska naukowego przez profesorów uczelni była walką o utrzymanie niezależności poglądów i postępowania". Ja nietrudno zauważyć, oświadczeniu Kłoczowskiego bliżej było do aktu przyznania się do współpracy, niż do czegokolwiek innego, a jednak - awantura trwała dalej... 4 grudnia do sprawy Kłoczkowskiego na łamach "Rz" po raz kolejny odniósł się abp Życiński. Niestety nie dysponuję tym tekstem. Podam omówienie tekstu za prof. Wojciechem Falkowskim (przywołany już artykuł "Amicus Plato, sed magis amica veritas, Głos nr. 16/1083): "Arcybiskup Życiński jeszcze raz publicznie zabrał głos w tej sprawie w stałym felietonie w "Rz" z 4.12 2004 r. zatytułowanym "Barbarzyńcy w archiwach". Bez używania nazwisk, ale w przejrzysty sposób, felietonista poddał bardzo surowej ocenie przedstawione oskarżenia i wezwał media katolickie, by nie współpracować z ich autorem. Padające tam inwektywy, bo chyba tak trzeba określić sformułowania: osoby o mentalności hunwejbinów, brak cienia odpowiedzialności ewangelicznej za prawdę, frustraci politycznu, były skierowane w pierwszej kolejności do red. Michalkiewicza, ale chyba również do wszystkich badających archiwa SB" W "NCz!" z 11 grudnia 2004 roku (nr.760) do felietonu Życińskiego odniósł się Stanisław Michalkiewicz ....

    Felieton Michalkiewicza pt. "Poznajemy się po tytułach?" warto zacytować w obszernych fragmentach: "Są ludzie (...) mający "mentalność hunwejbinów", nie wykazujący nawet "cienia ewangelicznej odpowiedzialności za prawdę", "frustraci
polityczni reprezentujący partie kanapowe", dopuszczający się "aktów barbarzyństwa". To tylko przykładowo wybrane epitety, którymi obrzucił mnie JE
arcybiskup Józef Życiński w felietonie "Barbarzyńcy w archiwach" zamieszczonym
w "Rz". (...). Na początek - o faktach, co do których nie mogę pozbyć się wrażenia, iż Ekselencja troszeczkę koloryzuje. Na przykład cytuje w cudzysłowie odpowiedź jakiej miałem udzielić "dziennikarzom", którzy pytali mnie na jakiej podstawie oskarżyłem o współpracę z SB "cenionego intelektualistę, który stracił rękę w powstaniu warszawskim". Nie bardzo wiem, o jakich to "dziennikarzy" Ekselencji chodzi, bo jako żywo żaden dziennikarz w tej sprawie się do mnie nie zwracał, jeśli nie liczyć pani redaktor z Radia Lublin, która telefonicznie zapytała mnie skąd o tej współpracy wiem - oraz redaktora z KAI, który w rozmowie telefonicznej zapytał mnie, czy jestem świadom, iż prof. Kłoczowski wytoczy mi proces. Pani redaktor odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że "z wiarygodnych źródeł", których nie ujawnię, zaś dziennikarzowi KAI - że owszem, mam tego świadomość, jak również tego, że dowodem w takim procesie będą stosowne akta lubelskiego oddziału IPN. Kiedy na konferencjach prasowych ujawniłem sygnatury akt zawierających dokumentację TW "Historyka" oraz przykładowo zacytowałem jeden z takich dokumentów, lakoniczna notatka ukazała się tylko na łamach "Kuriera Lubelskiego", zaś żaden dziennikarz KAI, która z wielką gorliwością kolportowała piętnujące mnie oświadczenia, na konferencji się nie pojawił, mimo zaproszenia"

"(...)Ekselencja w felietonie pieni się, iż mój głos rozległ się z anatemy Radia Maryja, a ja sam mogłem wygłosić prelekcję w lubelskim KIK. I instruuje co powinny zrobić ze mną "redakcje ceniące zasady moralne". (...).Myślę także, że Ekselencja niepotrzebnie pomniejsza swój udział w piętnowaniu mnie jako "barbarzyńcy", pisząc, że tylko "wyraził solidarność" z oświadczeniem intelektualistów, a nie był np. jego inicjatorem. To mu zresztą nie wystarczyło, bo w Lublinie zwołał jeszcze konferencję prasową, gdzie w duchu chrześcijańskiego umiłowania prawdy określił mnie "rekordzistą prymitywizmu moralnego", co tamtejsze media, po takiej zachęcie, z upodobaniem rozpowszechniły. (...). Nie mogąc zaprzeczyć choćby już zacytowanym przeze mnie dokumentom Ekselencja sugeruje, że zostały one spreparowane i, że "barbarzyńskie jest w swojej istocie oskarżanie o współpracę wszystkich osób, które w teczkach SB mają określony pseudonim". Niechże więc się zdecyduje: albo moje informacje są wyłącznie "wyssane z palca", albo pochodzą jednak z istniejących faktycznie w "teczkach SB" dokumentów"

"Jeśli jednak miałoby to być "barbarzyństwem" to w takim razie "barbarzyński"
jest art.11 ust.2a ustawy o IPN, który zablokowałby prof. Kłoczowskiemu
możliwość objęcia stanowiska prezesa IPN. Stanowi bowiem, że na to stanowisko
nie może być powołana również osoba "CO DO KTÓREJ W ARCHIWACH (...)ZNAJDUJE SIĘ informajca o tym, że istnieją wobec niej przesłanki przewidziane w ust.2", to znaczy, że np. była tajnym współpracownikiem organów bezpieczeństwa. Ekselencja pisze, że "skądinąd wiadomo bowiem, że pseudonimy nadawano także osobom konsekwentnie odmawiającym współpracy. Jednak TW "Historyk" został zwerbowany przez SB w roku 1961, a zacytowana przeze mnie korespondencja aktualizująca kartoteki z powodu zmiany oficera prowadzącego pochodzi z marca 1979 roku. Czyżby SB przez 18 lat i dłużej pracowicie fałszowała dokumenty w przewidywaniu, że w listopadzie 2004 roku jakiś Michalkiewicz zrobi wreszcie z nich użytek w paryskim "Głosie Katolickim"? Kto chce niech wierzy, podobnie jak sygnotariusze protestu przeciwko mnie, WIEDZĄ, iż napisałem nieprawdę. Chyba też "skądinąd". Czyżby przypadkiem lekkomyślnie nie zaufali aby Ekselencji, który teraz skromnie pisze, że teraz tylko "wyraził solidarność"?.

    W numerze 759 "NCz!" Michalkiewicz znów zabrał głos. W artykule "Kłopoty z pamięcią (narodową)" pisał: "Ponieważ po napisaniu w paryskim "Głosie Katolickim", że prof. Jerzy Kłoczowski jest podejrzewany o to, że był długoletnim tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie "Historyk", zostałem napiętnowany przez sygnotariuszy protestu za "nieuczciwy tekst" i nawiązywanie do tradycji "SB-ckich fałszywek", co było z mojej strony aktem "moralnego barbarzyństwa", 15 listopada złożyłem w lubelskim oddziale IPN podanie o udostępnienie mi akt oznaczonych następującymi sygnaturami: IPN Lu 08/267, tomy od 1 do 9, IPN Lu 0317/1, IPN Lu 0317/2 oraz IPN Lu 0276/158. Według posiadanych przeze mnie informacji w tych aktach znajdują się dokumenty potwierdzające prawdziwość moich słów. Podanie moje przyjął naczelnik w lubelskim oddziale IPN, pan dr Leon Popek, który obiecał mi wydanie pozytywnej decyzji (...)oraz przygotowanie akt, o które prosiłem na 23 listopada. 17 listopada zaprosiłem dziennikarzy warszawskich redakcji na konferencję prasową. Przybyło dwóch redaktorów: z PAP i z Radia Praga. Podtrzymałem wobec nich to, co napisałem w "Głosie Katolickim" oraz
poinformowałem o swoim wystąpieniu do lubelskiego odziału IPN. Wiadomość o tym ukazała się w serwisie PAP, ale o ile mi wiadomo, żaden warszawski dziennik jej nie odnotował. (...). 21 listopada zadzwonił do mnie pan dr Leon Popek z informacją, że akt, o których udostępnienie poprosiłem w swoim podaniu, akurat nie ma w lubelskim oddziale IPN, ponieważ zostały „wyposażone do celów służbowych”. Nie powiedział mi kiedy zostały wyposażone, ani kto wypożyczył. Poinformował mnie również, że dopóki akta nie wrócą, nie może również wydać mi decyzji udostępnienia”. Dalej Michalkiewicz pisze o konferencji prasowej, jaką urządził w Lublinie 23 listopada 2004 roku. Podał na niej, między innymi, numer rejestracyjny Kłoczkowskiego (8529). Następnego dnia , jak pisze Michalkiewicz - „tylko „Kurier Lubelski odnotował lakonicznie moje wystąpienie, natomiast ani lubelska „GW”, ani „Dziennik Wschodni” nie napisały ani słowa”. Sprawa więc ucichła i tak dociągnęliśmy do roku 2008...

    W międzyczasie o niebezpieczne związki z SB oskarżony został jeden z sygnotariuszy drukowanego w "Rzeczypospolitej" pisanego w obronie Kłoczowskiego listu intelektualistów. Chodzi o słynnego wrocławskiego językoznawcę Jana Miodka. O współpracę oskarżył Miodka Grzegorz Braun. Na Uniwersytecie Wrocławskim powołano komisję, która miała zająć się sprawą,/ Zdaniem komisji - jak donosiła "GW" - materiał z IPN "nie pozwala na wyciąganie jednoznacznych wniosków, sprawa wymaga dalszych pogłębionych badań" (Beata Maciejewska, Rektor UWr.: prof. Miodek jest czysty, GW 2007-05-30). Komisja pooglądała sobie:

* zapis z dziennika rejestracyjnego Wydziału "C" (archiwum) KW MO/WUSW o pierwszej rejestracji prof. Miodka na kandydata na TW - czyli tajnego współpracownika w kwietniu 1978 roku

* zapis o przerejestrowaniu go w grudniu tegoż roku na tajnego współpracownika

* karta z pomocniczej kartoteki tematyczno-pseudonimowej Wydziału "C" WUSW z informacją o pseudonimie ("JAM") oraz kategorii rejestracji (TW), a także karta z informacją o miejscu pracy TW "JAM" (zapis brzmi: "nauk. Uniwersytet - Instytut Filologii Polskiej")

* korespondencja z dnia 1 czerwca 1989 roku Wydziału "C" WUSW we Wrocławiu z Biurem "C" MSW dotycząca złożenia w archiwum akt tajnych współpracowników (wykaz tych akt zawiera nazwisko Jana Miodka).

Materiały te mają ponoć "charakter szczątkowy".

    Komisja wydała więc werdykt typu "na dwoje babka wróżyła", ale rektor uniwersytetu uznał, że sprawy nie ma. Jak wyjaśnił Beacie Maciejewskiej z "GW": "Komisja nie wyciąga wniosków, bo to komisja historyczna, a nie etyczna. Bada i przedstawia dokumenty, nie zajmuje się oceną postępowania człowieka. Ja mówię wprost: dla mnie prof. Miodek jest oczyszczony z zarzutów. W świetle istniejącego prawa fakt współpracy musi być potwierdzony przez jej materialne ślady. Musi być dokumentacja potwierdzająca podjęcie współpracy oraz jej świadomy i tajny charakter. Takiej dokumentacji nie ma. Materiały, do których dotarła komisja, to wewnętrzna dokumentacja SB, "wytworzona bez wiedzy zainteresowanej osoby". Sprawę uważam więc za zamkniętą". (Beata Maciejewska, Rektor UWr.: prof. Miodek jest czysty, GW 2007-05-30). Grzegorz Braun ze swojej strony sugerował, by zainteresować się tzw. "zbiorem zastrzeżonym" IPN. I na tym stanęło.... To znaczy niezupełnie, bo, jeśli chodzi o Grzegorza Brauna, to - jak pisze - we Wrocławiu "od roku nie ma jakoś" dla niego pracy, a ponadto, gdy niedawno zatrzymała go policja - gdy przyglądał się manifestacji narodowców - nie tylko skuto mu mocno ręce, ale też - wyłamano palce (Grzegorz Braun, List do mecenasa Marcina Streszyńskiego, Opcja na prawo 5/77). Co oczywiście nie musi, ale może mieć coś wspólnego z tym, że Brauna we Wrocławiu znają i raczej nie lubią za szarpnięcie miejscowej świętości... Michalkiewicz ze sprawy z Kłoczowskim wyszedł chyba mniej poobijany, acz nie bez strat, bowiem - jak pisze - w skutek działań abp Życińskiego usunięto go z grona współpracowników "Głosu Katolickiego" (Michalkiewicz, Panteon świętego Judasza, 655)

    W tym miejscu moglibyśmy skończyć te historie, gdyby życie nie dopisało im dalszego ciągu. Bo oto w 11 numerze "Wprost" z 2008 przeczytać mogliśmy artykuł Jana Pińskiego pt. "Fikcja lustracyjna". Według Pińskiego w latach 2003 - 2004 grupa oficerów WSI zajmowała się zamazywaniem nazwisk w dziennikach operacyjnych wojskowych służb, współpracowało z nimi dwóch pracowników IPN. To bardzo ciekawa informacja, ale dziś interesuje nas ten passus z tekstu Pińskiego: "Za kadencji prof. Kieresa z uwagi na bezpieczeństwo państwa umieszczono w zbiorze zastrzeżonym dane TW Historyk, którym - według SB - był profesor KUL, a także dane kilku innych wpływowych przedstawicieli świata nauki i Kościoła uważanych przez opinię publiczną za autorytety". I teraz możemy pozastanawiać się, jakież to kapryśnie bóstwo decyduje o tym, że "Dominika" ujawnia się przez wzgląd na "interes publiczny", a "Historyka" się chowa, by nie uchybić "bezpieczeństwu państwa". W każdym bądź razie jest to bóstwo na tyle potężne, by przez lat 20 blokować te formy lustracji, które uznaje za niebezpieczne. A zważywszy na to jakie potęgi mu służą (popatrzcie na listę "autorytetów"), i jakie ma możliwości (prześledźcie raz jeszcze te piruety wokół Kłoczkowskiego) czy może dziwić, że ukorzyła się przed nim Platforma Obywatelska?